Feed on
Wpisy
Komentarze

Stało się :)

To co w końcu musiało się stać. Przenoszę tego bloga na własny serwer i domenę. Zaimportowałem stąd wszystkie wpisy i komentarze. Od dziś, fajnie się złożyło że jest to Blog Day 2007, zapraszam na:

Ale to nie koniec, to dopiero początek ;)

Couchsurfing, zaufanie i platformy

Kiedy pierwszy raz usłyszałem o couchsurfingu… Z jednej strony nie mogłem uwierzyć, a z drugiej strony myślałem jakie to proste a skuteczne. O co chodzi? Rejestrujemy się na stronie, wypełniamy profil i szukamy miasta gdzie chcielibyśmy pojechać i… przysłowiowej kanapy na której moglibyśmy przenocować. Chodzi bowiem o to, że strona buduje światową sieć osób, które będą umożliwiały tanie lub bezpłatne noclegi w swoich domach w zamian za możliwość noclegu w innych osób uczestniczącej w tej sieci. Ktoś z Nowej Zelandii lub Peru chce przyjechać do twojego miasta, może przenocować u Ciebie, w zamian ty możesz skorzystać z gościny kogoś w Portugalii czy Kanadzie. Jako, że wyprawy do innych krajów a nawet na inne kontynenty mogą być niebezpieczne, a swoje bezpieczeństwo podczas noclegu powierzamy osobie kompletnie nieznajomej, ważne jest budowanie na stronie couchsurfingowej dobrej reputacji.

Dlaczego o tym piszę? Dla wielu (w tym dla mnie) taka informacja jest ciekawa sama w sobie. Ale jest też drugie dno. Znów świat i internet zadziwiły mnie. Znów okazało się, że można wymyślić coś niezwykle praktycznego a… Internet jest platformą, która to umożliwia.

Po drugie niesamowite jest jak daleko posuwa się nasze zaufanie do obcych i zupełnie nam nieznajomych osób dzięki internetowi, a konkretniej różnego rodzaju platformą zaufania. Nie jeden raz kupowałem coś na Allegro i wysyłałem w ciemno kilkaset zł gdzieś w Polskę i mimo obaw system działa sprawnie. Nie przysłano mi zamiast komórki ziemniaków. Couchsurfing idzie jeszcze dalej bo na szali kładę swoją głowę lub w najlepszym razie pieniądze na zwiedzanie i powrót. I znów działa.

Działa na tyle dobrze, że couchsurfing i aukcje internetowe to dobra wiadomość dla biznesu. Dzięki aukcjom utrzymuje się wiele mniejszych lub większych firm. Couchsurfing to z kolei dobra wiadomość dla sektora turystycznego. Owszem, nie dla hoteli, ale taki turysta musi do swej darmowej kanapy dojechać a na miejscu coś jeść, pić i zwiedzać więc jest okazja aby na nim zarobić. Istnieje też duże prawdopodobieństwo, że tego turysty dane miasto nie miałoby okazji gościć, bo na taką podróż nie byłoby go stać, gdyby nie darmowy nocleg. Można więc powiedzieć, że dzięki dwóm powyższym platformom, powstaje trzecia - platforma biznesowa.

Więcej na temat couchsurfingu w artykule z wiadomości24.pl

Update: powyższy artykuł, lub komentarz Bartka Raciborskiego jest obowiązkowy!

Mutacje i klonacje

Natknąłem się wczoraj na powstający dopiero serwis Tweetr. Co on oferuje? Wspomaga aktualizację zdjęcia w profilu Twittera za pomocą fotki z twojej kamery internetowej (jeśli dobrze zrozumiałem o co im chodzi). Zdjęcia wszystkich użytkowników można oglądać również grupowo na stronie głównej lub dla danego pojedynczego usera.

Kiedy słyszę o tego typu superpotrzebnych i ultrainnowacyjnych stronach to przychodzi mi na myśl tylko jedno słowo - mutacje. Przypadkowe mutacje. Tak jak w biologii i genetyce. Jeśli jakaś mutacja genetyczna jest możliwa, to zapewne u jakiegoś osobnika w jakimś czasie ona zajdzie. Raz będzie ona dobra i pomocna, innym razem groźna dla jego zdrowia. Podobnie z serwisami internetowymi - jeśli jest możliwość dodania do siebie dwóch funkcjonalności to pewnie ktoś to w końcu zrobi. Ale nie zrozumcie mnie źle. Ja tego nie potępiam. Wręcz przeciwnie. Aby powstała jedna perełka potrzeba wielu prób - mutacji. Szkoda tylko, że entuzjaści web 2.0 skazani są na syzyfowe prace odsiewania ziaren od plew.

Gdy się już ziarenka znajdzie, to na poletku webdwazera się co robi? Klonuje! (Znów pojęcie z nowoczesnej biologii). Co jednak znamienne, nie wszystko co z tego procesu wyniknie, jest nazywane klonem. Ciekawie zauważa to autor tego posta na R/WW:

There are a lot of people on the Net who don’t know what Digg is. But for those who do, there’s a term just as popular as Digg: the Digg clone.

Has anyone ever heard Google being referred as an “Altavista clone”? What about Yahoo Mail or GMail being mentioned as a “Hotmail-like site”? I’ve never seen anyone talking about MySpace as a “Friendster clone”, and definitely WordPress.com would never be called a Blogger-like site. (…) During the portal craze a few years ago, everyone was talking about portals - but we never heard that Lycos was a Yahoo clone. Even today, you don’t often read that Metacafe is a YouTube clone, Google Reader a Bloglines clone, or Google Blog Search a Technorati clone.

Ja bym zrehabilitował serwisy nazywane klonami, skoro inne kopie nie są tym pejoratywnym mianem obdarzane, ale czy jest jakaś logika oprócz przypadku w tych mutacjach i klonacjach?

Delicje

Kolejną ikoną web2.0 jest serwis del.icio.us nazywany swojsko w kraju nad Wisłą delicjami. O co w nim chodzi? Świetnie pokazuje to ten filmik:

Z tej samej serii mogliśmy oglądać Jak działa RSS i Wiki.

Dla tych, którzy woleliby przeczytać o tym po polsku, polecam dwa ciekawe wpisy (na nieaktywnym jak na razie) blogu lifehacker.blox.pl:

Eskey opisał też możliwość wykorzystania delicji do stworzenia chmurki tagów. Jest to szczególnie przydatne dla serwisów, takich jak blox.pl, które same w sobie tego nie umożliwiają.

PS. Tak jak wcześniejszy post, ten również ląduje w Best Of.

Długi ogon

Czasami znajduję gdzieś w sieci bardzo trafne i proste opisanie jednego z podstawowych (lub bardziej zaawansowanych) aspektów webdwazera. Zbieram takie posty – definicje na stronie Best Of (w dziale Web2.0 dla bardzo początkujących ;) O efekcie długiego ogonu przeczytałem jednak nie w sieci a w książce Mirosława Filiciaka Wirtualny plac zabaw. Gry sieciowe i przemiany kultury współczesnej.

Długi ogon – termin ten – jego nazwa pochodzi od wykresu w układzie współrzędnych XY, na którym po początkowym gwałtownym spadku z wysokiego poziomu, w dalszej części następuje wydłużone, bardzo powolne zbliżanie się do zera – ukuł w 2004 roku Chris Anderson, redaktor naczelny magazynu Wired. Długi ogon odnosi się do modelu biznesu realizowanego w internecie, choć opisuje zjawisko od dawna znane w statystyce. Niektóre przedsiębiorstwa internetowe, jak choćby księgarnia Amazon.com, połowę swoich obrotów uzyskują za sprawą najpopularniejszych i intensywnie reklamowanych produktów (w wypadku książek jest to kilka tysięcy tytułów). Jednak druga, tysiąckroć bardziej zróżnicowana część rynku, opanowana przez produkty niszowe, jako całość generuje nie mniejsze wpływy. Długi ogon to miejsce dla relatywnie mało znanych produktów, które w globalnej gospodarce sieciowej mogą znaleźć jednak znaczną liczbę amatorów.

Co z tym Second Life?

Od kilku miesięcy myślałem o poście o Second Life, ale jakoś tak się nie mogłem zabrać, lub za duży post chciałem napisać. Ilość otagowanych magicznymi literkami SL feedów w GR i artykułów w delicjach cały czas rosła. Postanowiłem wiec nie pisać o tym wszystkim co możecie przeczytać gdzie indziej, a skupić się na swoich paru groszach, które do tego tematu chcę dodać. Zacznę więc tam gdzie inni kończą.

Zarys sytuacji z Drugim Życiem przedstawia się w tej chwili tak, że po fali nieustannie optymistycznych wiadomości związanych z grą, coraz częściej pojawiają się złe - a to, że korporacje zamykają swoje przedstawicielstwa z powodu braku zainteresowania; to znów, że gospodarka SL skurczyła się o 50% po wprowadzeniu zakazu gier hazardowych w grze. Co bowiem ważne, a nie wszyscy może zdają sobie z tego sprawę, wewnątrz gry kwitnie gospodarka z prawdziwymi pieniędzmi - prawdziwe dolary można wymienić na Linden Dolary, oficjalną walutę gry stworzonej przez firmę Linden Lab.

Skąd taka popularność?

Wielu zastanawia skąd się wziął ten cały hype wokół SL. Jedną z teorii mówi, że SL jest w takiej fazie rozwoju jak internet 15 lat temu - nie da się tam przeprowadzić jakiejś poważnej działalności (np. e-commerce) ale warto tam być i mieć w SL swoją wizytówkę, tak jak 15 lat temu warto było mieć swoją stronę domową lub stronę firmy, na której najważniejszymi informacjami były adres i numer telefonu. Można było potem szpanować adresem www na wizytówce lub w reklamach prasowych firmy.

SL to świecidełko, które przyciąga uwagę, taki internetowy serwis-celebrity - jak zauważyłem kiedyś u Dominika. Na jaki temat łatwiej dziennikarzowi napisać artykuł - Facebook i jego platforma z otwartym API czy, że Kraków jest w SL? Pierwszy temat zainteresuje mało osób a drugi bardzo wiele, i do tego łatwo na ten temat napisać artykulik i wrzucić fotki. Zaskakujące, ale może SL żeruje na lenistwie dziennikarzy? A może raczej na całym systemie wytwarzania medialnej papki?

Zwiastuny przyszłości

Nie wiem co dalej z SL, czy skończy się radosny hype, czy nie i jak dalej będzie się serwis rozwijał. Dostrzegam za to zagęszczanie się trendu na wdrażanie do internetu elementów grafiki 3D zapoczątkowane przez trójwymiarowe awatary. Może Second Life to początek internetu 3D?

Na przyjście internetu 3D przygotowywują konsumentów masowe gry sieciowe typu EverQuest, Ultima Online czy World of Warcraft. Są to gry rozgrywane w klimacie fantasy, czyli nie są realistyczne zbyt mocno, ale przecierają szlak technologiczny - jak tworzyć wydajną grafikę dla szybkich i wolnych łącz internetowych oraz jak obsłużyć dużą liczbę graczy jednocześnie.

Powstają też realistyczne gry/platformy do przebywania online w środowisku 3D, mniej lub bardziej inspirowane SL. Mam tu na myśli przede wszystkim grę Home, dla posiadaczy konsoli PS3.

Inna nisza to nastolatki i przeróżowe Barbie Girls - opisywane szerzej na Antyweb.

Mało poważne? Twórcy Skype to raczej poważne persony. Założone przez nich Ambient Sound Investments dofinansowało serwis Frenzoo - trójwymiarowy serwis społecznościowy skoncentrowany na modzie i designie a skierowany do azjatyckich nastolatków (siedziba serwisu to Hong Kong). Tak na marginesie dofinansowali również Blip.tv :)

I na koniec killer app - Fix8. Co tu dużo pisać, najlepiej (skoro to trójwymiar) pokaże to obraz:

Nie wszystko złoto co się trójwymiarem świeci. Z kategorii 3D wywodzi sie bowiem jeden z dziwaczniejszych startupów tego roku - trójwymiarowa skrzynka pocztowa… Spamem możesz karmić rekiny pływające w basenie koło domu.

Co z tym Second Life?

Ta strzelba musi kiedyś wystrzelić! Dla Linden Lab zła wiadomość jest taka, że nie musi to być SL. To wszystko o czym pisałem powyżej, plus wzrastająca prędkość połączeń internetowych sprawią prędzej czy później, że funkcje 3D w aplikacjach internetowych będą hitem, a potem codziennością.

Mechwarrior

Dziś coś z zupełnie innej beczki. Wczoraj natrafiłem w Wired na artykuł o pierwszych robotach bojowych wysłanych do Iraku. Do tej pory rozbrajały miny lub służyły do obserwacji. Teraz po raz pierwszy mają walczyć. Sam artykuł nie zrobił na mnie tak wielkiego wrażenia, za to ten filmik owszem:

Ok, robocik jest dość prosty, tzn. nie jest to zupełnie nowa konstrukcja tylko modyfikacja już istniejących ale nie o to chodzi. Niedawno obchodziliśmy rocznicę początku sieci - położenie pierwszego kabla transatlantyckiego (27 lipca 1866r). Robot z powyższego filmu może być praprzodkiem tego:

[Jeśli komuś się spodobało polecam jeszcze ten filmik.]

Niemożliwe? Science fiction? MechWarrior to tylko głupia gra? Zobaczcie wiec filmik pokazujący robota z Boston Dynamics, w którego Pentagon zamierza właśnie zainwestować 10 mln $ i wykorzystywać jako transporter sprzętu dla piechoty.

Update: w tym moim poście znajdziecie jeszcze dwa inne filmiki z kroczącymi robotami.

Daleki jestem od utopijnego idealizmu i nie będę biadolił i psioczył na tych okropnych wojskowych. Przecież nawet nasz kochany internet powstał na ich zamówienie. Lajf is brutal i takie roboty to była w sumie kwestia czasu. W naszym humanistyczno-webdwazerowo-blogowo-software’owym światku nie doceniamy potęgi tego co inżynierowie mogą nam wymyślać już teraz. Może to oni bardziej zmienią ten świat niż my?

Dopóki nie zacząłem subskrybować feeda Wired Top Stories wydawało mi się, że Wired to magazyn tylko o, powiedzmy, szeroko pojętej cyberkulturze. Tymczasem zaskoczyło mnie, że dość sporo informacji jest jeszcze z dwóch dziedzin: podbój kosmosu i… militaria. Co oznacza ten myks? To tylko specyfika pokręconego Wired czy nowy trend jakiś, znak czasu? Zna ktoś filozofie tego magazynu?

Podsumowując, jak mówi chińskie przekleństwo - Obyś żył w ciekawych czasach!

Informacyjne bankructwo

Jak poradzić sobie z zalewem informacji? Choć to pytanie nie jest odwieczne, to od jakiegoś czasu bardzo istotne. Czy ktoś wierzy, że szybko się z nim uporamy? Nie sądzę. Trzeba więc zmierzyć się z wyrokami Google Readera (masz 378 nieprzeczytanych feedów, 850 nieprzeczytanych!) lub konta mailowego (masz kilkaset nieprzeczytanych maili). To po prostu przesubskrybowanie. Choć są jeszcze tacy którzy mają czas na książki (przyklad1 przyklad2). Niemniej, przybiera to już tak dramatyczne rozmiary, że można odczuwać strach przed gmailem. Jak się ratować? Ogłosić bankructwo! Zrobili tak dwaj blogerzy, którzy postanowili wykasować swoje skrzynki mailowe, bo nie radzili sobie z nadmiarem nieprzeczytanej poczty. Artykuł to opisujący nosi znaczący tytuł - Sekret szczęścia.

Jesteśmy uwiązani do naszych Blackberry, Treo [kieszonkowe telefony i komputery - przyp. tłum.] i laptopów, a nasze życie w świecie zaawansowanych technologii nie przynosi wolności i elastyczności, a jedynie nawał informacji.

To dość drastyczne rozwiązanie, ale jak się okazuje wcale nie takie odosobnione - miernik kryzysu, jest już źle, ok, poddaje się - bankructwo. Czasami tak jednak nie można postąpić, kiedy to sprawa służbowa, ale… skąd wysupłać tylko na to 21 dni? ;)

 

Błoga niewinność

Są jednak tacy, co nie mają takich problemów. Usłyszałem kiedyś od znajomego, że gdyby nie gadu-gadu i radioparty (radio internetowe) to nie miałby co robić w internecie. Byłem w szoku – na jakiej planecie on żyje!?

Jedni bowiem nie dostrzegają problemu zalewu informacji (o błogosławiona niewinności!), inni (tylko?) narzekają, a są też tacy co się tym nie przejmują zbyt mocno…

to tak jakby do wytwórni muzycznej przyszedł nowy prezes i powiedział: od dziś zmiana strategii — skupiamy się na hitach. tylko, że nie wiadomo, co jest hitem, co jest kitem. i trzeba tego kitu trochę też przełknąć. taki lajf.

Tak na marginesie historia z życia wzięta. Taki zalew informacji to nie wina tylko internetu. To jest chyba niezależne od medium. Swego czasu przecież, prowadziłem wojny o pilota z młodszym bratem bo w tym samym czasie było kilka ciekawych programów, ale priorytety mieliśmy inne ;) Tyle było wtedy do oglądania a teraz nie ma dla mnie tam prawie nic. Swoją drogą śmieszne było rozwiązanie tej sprawy. Tata arbitralnie zdecydował, że ja mam prawo do decydowania co oglądamy w dni parzyste a brat w nieparzyste. Oczywiście była to jawna dyskryminacja mojej osoby, ale odwołanie do Sądu Najwyższego (czyt. mamy) nic nie dało - jesteś starszy i młodszemu musisz ustąpić.

Skoro żyjemy na jednym i tym samym świecie, i jedni na nim się nudzą a drudzy przeżywają cierpienia przeinformowania, to większe znaczenie ma sam człowiek a nie sama ilość informacji.

Jak sobie z tym radzić?

Najnowszy trend w filtrowaniu informacji trafnie opisał kiedyś w komentarzu Makjuzer:

Ilość informacji jakie spływają powoduje że nie wystarczy już nasz własny filtr zbudowany przez doświadczenie i wiedzę. Musimy opierać się na kolejnych zbudowanych przez innych ludzi (sieci społeczne).

Ów trend ilustruje filozofia powstania aplikacji FriendsFeedMe:

Aplikacja ma na celu ułatwić wymianę informacji o ciekawych feedach RSS. Co to jest ciekawy feed? Przyjęliśmy prostą definicję - prawdopodobnie Twoi znajomi mają podobne zainteresowania jak Ty. Dlatego feedy, które oni czytają będą z dużym prawdopodobieństwem podobać się również Tobie.

Z podobnego założenia możemy wyjść tworząc dzięki Google Readerowi własny kanał rss w którego skład wejdą pojedyncze posty z naszych feedów, które oznaczymy jako share. Od jakiegoś czasu praktykuję zaznaczanie ciekawych IMHO postów w ten sposób. Jeśli ktoś jest chętny do wymiany kanału rss proszę zgłosić się w komentarzach.

Ostateczny filtr

Największym filtrem informacji jest… pojemność naszej uwagi. Mamy jej ograniczony zasób i po przekroczeniu pewnej granicy nic więcej tam nie zmieścimy - reszta wyleje się z tej czary. Ale ludzka pomysłowość nie ma granic i nawet tak prosty wynalazek jak rss przesunął granice naszej pojemności - już nie musimy łopatologicznie wchodzić na wszystkie ciekawe strony aby zobaczyć czy jest tam coś nowego. Są nawet tacy fanatycy co subskrybują i przeglądają 600 feedów!

Jest jeszcze jeden problem - im więcej jest informacji, tym więcej jej możemy przegapić, im więcej wiedzy, tym więcej ignorancji. Nie sposób bowiem być nawet średnio zaawansowanym w tak wielu dziedzinach. Przydał by się więc post zbierający i porządkujący wszystkie metody radzenia sobie z tym problemem , ale… jak ja tego dokonam w tym natłoku informacji?

Przekonaliście mnie

Przekonaliście mnie w komentarzach do postu Sokrates a web2.0, że blog jest subiektywnym bardzo medium i to bardzo dla niego dobrze. Ja cały czas starałem się jakoś podświadomie dążyć do jak największej obiektywności. Może dlatego, że gdzieś tam w środku czai się we mnie perfekcjonista, który chciałby wszystko dogłębnie, profesjonalnie przedstawić? Spychało mnie to ku blogowaniu ekspercko-obiektywnemu a takie jest mało możliwe, stąd to “Wiem, że nic nie wiem”, bo w takim modelu można właściwie tylko tyle powiedzieć. Nie czytam blogów osobistych, bo jakoś mnie one mało interesują, tylko te tematyczne (eksperckie) i jakoś mi się tak w głowie zaprogramowało, że takie blogi dążą (a przynajmniej powinny) do obiektywności, a przecież ich siłą jest właśnie subiektywność!

Tak czy siak zostawiam dążenie do obiektywności za sobą, a żegnam je słowami Marty Klimowicz z komentarzy:

nie wierzę w obiektywność, dla mnie skończyła się wraz z XIX wiekiem i niech na zawsze tam pozostanie. wolę, gdy ktoś jasno pisze, że to jego/jej zdanie i nie próbuje udawać, że przedstawia Rzeczywistość i Prawdę. bo tych nie ma. lub inaczej - jest ich tyle, ile ludzi (a może nawet jeszcze więcej?).

Mój przypadek nie jest chyba jednak odosobniony. Wiele osób moim zdaniem, świadomie lub podświadomie, domaga się od wszelkiego rodzaju mediów obiektywności właśnie. Daje temu zjawisku przykład Marta Klimowicz, w poście w którym dostrzega podobieństwo zarzutów wobec autobiografii i blogów:

stale zarzuca się blogom, a może i szerzej - sporej części tego, co ludzie umieszczają w sieci. wiecie, te uwagi, że w “świecie wirtualnym” nic nie wiadomo, każdy może napisać wszystko i udawać kogokolwiek; brakuje autorytetów i redakcji (a może i jeszcze lepiej, cenzorów), która dbałaby o to, co i komu wolno do sieci dodać.

Czyli brakuje obiektywności, stałości i pewności. Tylko nieliczni mają tak ukształtowane podejście do sprawy jak Marta:

nie interesują mnie “obiektywne” recenzje książek czy filmów. lubię ludzi, którzy mają własny gust i nie wstydzą się go, ani nie usiłują udawać, że ich gust jest jedynym słusznym. każdy ma swoją rację, niektóre mnie przekonują, inne nie, ale żadna z nich nie jest prawdą ostateczną. nie szukam na blogach wczuwania się w przeciętnego internautę/przeciętną internautkę, bo to mogę znaleźć gdziekolwiek indziej. na blogach szukam ciekawych i wyrazistych głosów

Taka wizja blogowania to blogowanie z charakterem, subiektywne, ostre i wyraziste. Tylko czy ludzie wiedzą, że obiektywność umarła w XIX w? Odnoszę wrażenie, że nie. To co subiektywne jest dla nich złe, mało wartościowe. Skoro blogi są subiektywne to ich ocena nie może być pozytywna. Z bogactwa blogowej subiektywności mogą więc korzystać najbardziej osoby takie jak Marta, które mają inny paradygmat kontaktu z informacją i kulturą - zdają sobie sprawę, że wszystko jest czyimś subiektywnym punktem widzenia i raz się z nim zgadzają a raz nie, tworząc z tego własne zdanie.

Jedni poszukują stałej, pewnej wiedzy czy informacji (choć przecież taka nie istnieje), której interpretować już nie trzeba, a drudzy wolą aby podać im pewną wiedzę razem z jej subiektywnym osądem a oni sami zdecydują w co ich przekonuje. Podobnie jest chyba z muzyką. Jedni szukają cały czas nowości, a drudzy chcą słuchać wciąż tą same melodie.

Tak mógłby zaśpiewać Czterdziestolatek gdyby prowadził bloga ;) Owszem, 50 postów w ciągu 7 miesięcy minęło jak jeden dzień. Ten jest już 54 z kolei. Dlaczego nie ogłaszam tego dokładnie w 50 poście? Nie chciałem tylko informować o tym błahym wydarzeniu (dla autora ważnym jedynie), przygotowywałem więc kilka niespodzianek na tą okazję. Części pomysłów nie udało się jeszcze zrealizować, ale co się odwlecze to nie uciecze. Dziś będą więc dwie niespodzianki. Ale po kolei.

Przygoda z blogosferą

Moja przygoda z blogosferą rozpoczęła się w czerwcu 2006r. od lektury bloga Edwina Bendyka, potem potoczyło się już szybko. Surfując po blogrollach dotarłem do wielu ciekawych blogów. W sierpniu zabłysnął więc już szalony pomysł: założę własnego bloga! Nastąpiła wiec przygoda z testowaniem i poznawaniem różnych platform blogowych, z własną niekonsekwencją w aktualizacji pierwszego próbnego bloga i… Wreszcie start pod koniec stycznia z tym oto Intelektualnym Zbieractwem na WordPressie. I pomyśleć, że jeszcze rok temu nie miałem pojęcia co to web 2.0 :)

iZbieractwo

Pierwszą niespodzianką jest korekta nazwy bloga. Doszedłem do wniosku, że szczególnie w realu brzmi ona zbyt pretensjonalnie i jest za długa. Przez siedem miesięcy istnienia okazało się również, że o wiele mniej jest na tym blogu intelektualności a o wiele więcej tematyki internetowej. Zmieniam więc nazwę bloga na zgodną z domeną i bardziej trendi… Nie, bardziej iTrendi ;) A tak na poważnie to najlepsze w tym jest to, że nazwę iZbieractwo można interpretować jako - intelektualne lub internetowe (interdyscyplinarne ;) zbieractwo i to mi się w tym najbardziej podoba.

Best Of

Blogowanie to zbieractwo. Im dłużej piszę tym bardziej się w tym przekonaniu utwierdzam. Chodzę sobie po internecie, czytam książki i artykuły o różnych ideach i teoriach, znoszę to do siebie, wpakowuję w edytor tekstu na blogu, tnę, sklejam, domalowywuję - robię remix/mashup i publikuję jako świeżutki post. Chodzę i zbieram, zbieram, zbieram i co jakiś czas coś Wam pokażę. Nie publikuję wszystkiego co mnie zaciekawi, a jednak mimo tej selekcji są posty mniej lub bardziej ważne, wartościowe, ciekawe. Przez nieubłaganą chronologiczność bloga niestety wiele z nich niknie, jest zapominanych (nawet przez autora) a tymczasem…

Widzę w tym zbieractwie pewne regularności, ważne dla mnie tematy, które ciekawią mnie bardziej niż inne. Stąd strona Best Of. Tu zamieszczę pewnego rodzaju subiektywny katalog istotnych dla mnie tematów poruszanych na tym blogu. Może będzie to także impuls do poświęcenia większej uwagi tym ważniejszym tematom a opisywanie tych mniej, pozostawię reszcie blogosfery? W tej chwili można podejrzeć tematy dwóch postów które mam na warsztacie od jakiegoś czasu, i zostaną one do tej strony dopisane, ale skoro nie są jeszcze skończone to ich nie podlinkowałem.

Podziękowania

W tym miejscu chciałbym krótko podziękować czytelnikom za dodanie mojego feeda do waszych czytników, za przyłączenie się do wspólnoty iZ na MyBlogLog, często za miłe słowa o tym blogu i moi pisaniu. To banał, ale naprawdę ma się dzięki temu więcej energii do dalszego pisania, mimo że piszę i tak głównie dla siebie, aby to czym się interesuje zebrać i jakoś intelektualnie sobie przetworzyć.

Starsze wpisy »